niedziela, 15 maja 2011

PRAWO SILNIEJSZYCH - Najpierw byli represjonowani przez Niemców, potem przez komunistów, a teraz są pozbawiani własnych mieszkań i domów

W czasie wojny mienie wysiedlanych Polaków wraz z domami oraz innym nieruchomym majątkiem przejmowali Niemcy i na podstawie hitlerowskiego dekretu uzyskiwali do nich prawo własności z wpisem do ksiąg wieczystych. Dekret wydany w 1942 r. mówił, że majątek ten jest mieniem porzuconym.
Jak się okazuje, księgi wieczyste po wojnie nie zostały zweryfikowane i właścicielami wielu gdyńskich nieruchomości nadal są Niemcy.


 Nierzadko nie ma już polskich spadkobierców, bo zostali wymordowani przez okupantów lub zmarli w wyniku ciężkich warunków, w jakich musieli żyć po wysiedleniu z Gdyni, czy na skutek niemieckich represji. Po wojnie można było tę sprawę uregulować, ale po wydaniu 15 kwietnia 1945 r. przez Kwaterę Główną Naczelnego Dowództwa Armii Czerwonej dyrektywy nr 1172 "O zmianie stosunku do Niemców" komendantury sowieckie bardzo często na wójtów i burmistrzów na Pomorzu Gdańskim i tzw. Ziemiach Odzyskanych powoływały Niemców.


 Chronili oni nie tylko interesy ludności niemieckiej, ale też tworzyli niemiecką administrację. Stan ten trwał do 1948 roku. Wystarczy przywołać przykład Kołobrzegu, gdzie najlepsze i najmniej zniszczone dzielnice miasta zajmowali Niemcy, chronieni przez Sowietów, a przyjeżdżający z Kresów Polacy zasiedlali zrujnowane i zniszczone domy. Podobnie było w innych miastach, także w wojewódzkich, np. w Gdańsku, gdzie w 1945 r. istniała niemiecka policja!
Sytuacja ta budziła w Niemcach przekonanie, że Polska tylko tymczasowo zajmuje te obszary, a ich wpływy w administracji lokalnej skutkowały tym, że nazwiska Niemców, którzy zagrabili Polakom nieruchomości, do dziś są zapisane w księgach wieczystych.


 W Skarszewach, w których we wrześniu 1939 r. Niemcy zamordowali 360 Polaków, po wojnie sowiecki komendant wojenny pozwolił Niemcom na sprzedaż nieruchomości przed opuszczeniem przez nich Polski. Tym sposobem znaczna część wywłaszczonych w czasie wojny Polaków i ich spadkobierców nie może w świetle obowiązującego prawa dochodzić tytułu własności. 
Dziś często zdarzają się takie sytuacje, że Polacy zajmujący mieszkania w Gdyni i innych miastach Pomorza są nękani przez Niemców, którzy zgodnie z wpisem w księgach wieczystych uważają się za właścicieli kamienicy lub domu i żądają ich opuszczenia.


 Do starszego pana mieszkającego przy ulicy Tatrzańskiej w Gdyni zgłosiło się małżeństwo z Niemiec z życzeniem obejrzenia zajmowanego przez niego mieszkania, w "którym podczas wojny rodzice spędzili najpiękniejsze chwile swojego życia" (sic!). Do mieszkania w domu przy ulicy Jastrzębiej w Gdańsku (na Stogach) zapukał młody Niemiec w wieku około czterdziestu lat w towarzystwie tłumaczki. W trakcie rozmowy pokazywał przedwojenne dokumenty i wypisy z ksiąg wieczystych, a na koniec powiedział, że ma sentyment do tego miejsca, więc chciałby raz na rok pomieszkać "w domu swoich rodziców" przez dwa tygodnie. 


Istnieją też w Polsce i w Niemczech wyspecjalizowane firmy prawnicze, które przeglądają księgi wieczyste i odszukują Niemców figurujących w nich jako właściciele nieruchomości lub spadkobierców tychże, proponując pośredniczenie w ich odzyskaniu. Praktyka pokazuje, że dziś łatwiej odzyskać w sądzie nieruchomość Niemcowi niż Polakowi, między innymi z tego względu, że Niemców stać na prawników oraz wysokie opłaty sądowe, a Polacy nie mogą liczyć na żadne wsparcie ze strony polskich władz, w tym również samorządowych.


Przykładem takich zaniedbań jest właśnie Gdynia - jedno z najbogatszych miast w Polsce, przed wojną niemal w stu procentach zamieszkane przez Polaków. Jej władze nie podjęły żadnych działań mogących pomóc przedwojennym gdynianom w odzyskaniu praw własności. Wystarczy przywołać sprawę kamienicy przy ul. Słupeckiej 21, którą pomimo wielu rozpraw sądowych otrzymali Niemcy, a nie polski spadkobierca żyjący do dziś, a wysiedlony wraz z rodziną w 1939 roku. 


W 2010 r. Stowarzyszenie Wysiedlonych Gdynian zwróciło się do rzecznika praw obywatelskich z prośbą o pomoc ofiarom "dzikich wysiedleń" z ziem wcielonych do Rzeszy w uznaniu ich za represjonowanych i w uzyskaniu zadośćuczynienia. Rzecznik skierował sprawę do Biura Dyrektora Generalnego Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Dyrektor Tomasz Lis odpisał, że zadośćuczynienie wszystkim Polakom, których Niemcy wysiedlili ze swoich domów i skazali na tułaczkę, głód oraz poniewierkę, nadmiernie obciąży budżet państwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz